Amerykańskiej i światowej gospodarce grozi katastrofa. Tak ostrzegał w końcu listopada Lawrence Summers, były główny ekonomista Banku Światowego
W zeszłym roku wartość akcji Citigroup - jednego z największych banków na świecie - spadła o 46 proc. Akcjonariusze banku są dziś biedniejsi niż przed rokiem o 130 mld dol. Akcje Merrill Lynch - wielkiego banku inwestycyjnego, przed którego siedzibą na Wall Street stoi słynna rzeźba byka, wróżba hossy - spadły o 43 proc. Straty akcjonariuszy - 36 mld dol. Bank inwestycyjny Morgan Stanley wart jest dziś 57 mld dol. - przed rokiem był cenniejszy o 17 mld. Akcje Bank of America, największego banku na świecie, spadły "tylko" o 21 proc., co oznacza, że z portfeli akcjonariuszy ubyło blisko 50 mld dol.
Średnio, w ciągu roku akcje największych banków amerykańskich i międzynarodowych notowanych na giełdzie nowojorskiej poszły w dół o jedną trzecią. Ich wartość skurczyła się o 240 mld dol. Światowe media porównują straty banków do skutków huraganu "Karina", który przed dwoma laty zniszczył Nowy Orlean.
Gdy wali się piramida
Kryzys zaczął się w czerwcu 2007 r. Banki amerykańskie, a także brytyjskie, szwajcarskie, francuskie, niemieckie i japońskie poniosły ogromne straty, inwestując w instrumenty finansowe powiązane z kredytami hipotecznymi.
Od kilku lat operacje związane z kredytami hipotecznymi mocno się skomplikowały. Bank, który udziela takiego kredytu, sam potrzebuje pieniędzy na dalszą działalność, więc "odsprzedaje" swych dłużników większym bankom. Te dzielą kredyt hipoteczny na małe cząstki (np. kredyt 300 tys. dol. na 300 części po 1000 dol.), a następnie emitują obligacje, zabezpieczeniem których stają się owe cząstki. Rzecz jasna, owe obligacje są oprocentowane i przynoszą posiadaczowi stały dochód. Są też przedmiotem spekulacji - są sprzedawane i kupowane, ich ceny rosną lub spadają. W 2006 r. obligacje zabezpieczone kredytami hipotecznymi przynosiły wysoki zysk, 9-11 proc. rocznie. Wiele banków zaczęło więc w nie inwestować.
Powstała w ten sposób piramida finansowa. Jej podstawą były nieruchomości, które stanowiły zabezpieczenie kredytów hipotecznych. Z kolei kredyty hipoteczne gwarantowały spłatę obligacji. Obligacje zaś były zabezpieczeniem kolejnych kredytów.
Gdy jednak chwieje się podstawa, piramida zaczyna się rozsypywać. Tak też się stało. Okazało się, że banki zbyt pochopnie udzielały kredytów hipotecznych, wierząc, że wartość nieruchomości, które stanowią ich zabezpieczenie, wzrośnie. Tymczasem od kilku miesięcy ceny domów w USA idą w dół. Coraz więcej rodzin przestaje spłacać raty od kredytów i podaż domów przewyższa popyt na nie. W ślad za tym spada wartość obligacji zabezpieczonych kredytami hipotecznymi. Banki starają się więc pozbyć tych obligacji za wszelką cenę, obniżając ich wartość jeszcze bardziej.
Część tych obligacji nie jest już nic warta - dług, którego są świadectwem, przestaje być spłacany. Banki muszą je wpisać w straty, a dokładniej - w swym bilansie sporządzić rezerwy, których wartość odpisuje się od zysku banku.
Upadłe ikony
To nie przypadek, że największe kłopoty mają dziś banki będące do niedawna ikonami Wall Street - były bowiem największymi emitentami obligacji zabezpieczonych kredytami hipotecznymi. To one budowały piramidę.
Każda piramida finansowa przez pewien czas wydaje się maszynką do robienia pieniędzy. Gdy się rozpada, wszyscy krzyczą, że to maszynka do oszukiwania głupców. W ostatnich tygodniach wyszły na jaw zadziwiające fakty. Np. Merrill Lynch udzielił rozmaitych pożyczek zabezpieczonych kredytami hipotecznymi na sumę 41 mld dol., gdy tymczasem wartość jego akcji wynosi dziś jedynie 46,1 mld dol. Pożyczki wartości 7,9 mld dol. były źle zabezpieczone. To oznacza, że niemal co piąty pożyczony dolar został stracony.
Royal Bank of Scotland, drugi co do wielkości bank brytyjski, skreśli ze swego bilansu należności warte 2-3 mld dol. Straty Citigroup szacowane są na 8-11 mld dol., Bank of America - na 3,7 mld dol., banku Wachovia - na 2,1 mld dol. Bear Sterns poinformował w końcu grudnia, że wpisał w straty należności warte 1,9 mld dol. Francuski bank Credit Agricole musiał sporządzić rezerwy w wysokości 2,5 mld euro. Szwajcarski UCB chyba ustanowił rekord - powiązane z nim fundusze mają 10 mld dol. nieściągalnych wierzytelności.
- W gruncie rzeczy banki z Wall Street siedzą na gnijącej stercie podejrzanych papierów, których nikt nie chce dotknąć - komentował Richard Bookstaber, szef działu zarządzania ryzykiem w banku Salomon Brothers. - Ilekroć rynek obraca się przeciwko tobie, ponosisz ogromne straty, mając aktywa, których nie możesz spieniężyć. Ponieważ jest zbyt mało kupców, musisz sprzedawać za wszelką cenę, z ogromną stratą.
Zdaniem ekspertów z Europejskiego Banku Centralnego 21 największych grup bankowych w strefie euro będzie musiało znaleźć 244 mld euro na sfinansowanie poniesionych strat. Problem w tym, że banki ukrywają rzeczywisty stan swych finansów, nie umieszczając w oficjalnych bilansach sporej części kredytów, które nie zostaną im zwrócone. Posługują się prostymi sztuczkami - obligacje zabezpieczone kredytami hipotecznymi obciążają bilanse rozmaitych funduszy należących do banku, więc bank przynajmniej przez jakiś czas udaje, że sprawa jego nie dotyczy. Tak działo się na przykład w szwajcarskim UBS, którego klienci i akcjonariusze zostali zaskoczeni informacją, że bank poniósł ogromne straty. W efekcie prezes UBS Peter Wuffli stracił pracę.
Z końcem października zwolniony też został Stanley O'Neal, dyrektor wykonawczy Merrill Lynch, jeden z najbardziej znanych i najlepiej opłacanych menedżerów na świecie. Odszedł z ogromną odprawą - ponad 150 mln dol. Rada dyrektorów Citigroup zwolniła w listopadzie dyrektora zarządzającego Charlesa Prince'e, którego wini się za dopuszczenie do strat. Jimmy'ego Cayne'a, prezesa Bear Stearns, uratował tylko podeszły wiek. Ma 73 lata i wkrótce odejdzie na emeryturę.
Powiedzmy szczerze - niektórzy kryzys przewidzieli. Fundusz hedgingowy Lahde Capital, mający siedzibę w Santa Monica w Kalifornii, osiągnął w zeszłym roku 1000 proc. zysku, grając na rynku aktywów zabezpieczonych kredytami hipotecznymi. Fundusz założył, że wartość tych aktywów będzie spadać - i wygrał.
Święte przymierze banków centralnych
System bankowy opiera się na zaufaniu. Nawet jeśli bank ma kłopoty, może przetrwać, gdy inni mają do niego zaufanie. Ale dziś zaufanie na rynkach finansowych to towar bardzo deficytowy. Banki wcześniej czy później będą musiały wprowadzić zagrożone wierzytelności do bilansów, co pokaże w całej okazałości ich nędzę. A wówczas zdarzyć się może wszystko. Co będzie, gdy klienci, którzy powierzyli bankom swe pieniądze, zechcą je wycofać? W normalnych warunkach bank, który ma za mało gotówki na bieżące wypłaty, pożycza ją od innych banków. Dziś jednak banki mają kłopot z oceną rzeczywistej sytuacji swych konkurentów i niechętnie udzielają im pożyczek, a jeśli już - to na wysoki procent. Może się więc powtórzyć sytuacja brytyjskiego banku Northern Rock, który we wrześniu był bliski upadłości nie dlatego, że miał duże straty, lecz z powodu braku zaufania klientów.
Aby zapobiec dalszemu narastaniu kryzysu, 12 grudnia 2007 r. największe banki centralne na świecie zawarły święte przymierze skierowane przeciw kryzysowi. Postanowiły wspólnie zadbać o to, by na rynkach finansowych panowała wystarczająca płynność - tzn. by nie doszło do sytuacji, że brak pieniędzy w jednym banku uruchamia efekt domina: kłopoty mają wierzyciele zagrożonego banku, potem banki, które pożyczyły mu pieniądze itd. Liderem porozumienia został - co zrozumiałe - Bank Rezerw Federalnych USA (Fed), który obiecał jeszcze w grudniu pożyczyć bankom i innym instytucjom finansowym 40 mld dol. Akcja Fed ma zwiększyć poziom gotówki w bankach i obniżyć stopy procentowe od pożyczek międzybankowych, a tym samym złagodzić dolegliwość kryzysu.
Fed przeprowadził w grudniu dwie aukcje - coś w rodzaju licytacji, w trakcie których można było "kupić" pożyczkę od Banku Rezerwy Federalnej. Dwie kolejne aukcje odbędą w styczniu. Mogą w nich uczestniczyć wszystkie banki amerykańskie bez konieczności ujawniania, kim są. Amerykańskie władze monetarne chciały w ten sposób zachęcić duże banki, by nie wstydziły się brać pieniędzy od Rezerwy Federalnej, co uznawane jest w branży za oznakę kłopotów finansowych.
Średnio, w ciągu roku akcje największych banków amerykańskich i międzynarodowych notowanych na giełdzie nowojorskiej poszły w dół o jedną trzecią. Ich wartość skurczyła się o 240 mld dol. Światowe media porównują straty banków do skutków huraganu "Karina", który przed dwoma laty zniszczył Nowy Orlean.
Gdy wali się piramida
Kryzys zaczął się w czerwcu 2007 r. Banki amerykańskie, a także brytyjskie, szwajcarskie, francuskie, niemieckie i japońskie poniosły ogromne straty, inwestując w instrumenty finansowe powiązane z kredytami hipotecznymi.
Od kilku lat operacje związane z kredytami hipotecznymi mocno się skomplikowały. Bank, który udziela takiego kredytu, sam potrzebuje pieniędzy na dalszą działalność, więc "odsprzedaje" swych dłużników większym bankom. Te dzielą kredyt hipoteczny na małe cząstki (np. kredyt 300 tys. dol. na 300 części po 1000 dol.), a następnie emitują obligacje, zabezpieczeniem których stają się owe cząstki. Rzecz jasna, owe obligacje są oprocentowane i przynoszą posiadaczowi stały dochód. Są też przedmiotem spekulacji - są sprzedawane i kupowane, ich ceny rosną lub spadają. W 2006 r. obligacje zabezpieczone kredytami hipotecznymi przynosiły wysoki zysk, 9-11 proc. rocznie. Wiele banków zaczęło więc w nie inwestować.
Powstała w ten sposób piramida finansowa. Jej podstawą były nieruchomości, które stanowiły zabezpieczenie kredytów hipotecznych. Z kolei kredyty hipoteczne gwarantowały spłatę obligacji. Obligacje zaś były zabezpieczeniem kolejnych kredytów.
Gdy jednak chwieje się podstawa, piramida zaczyna się rozsypywać. Tak też się stało. Okazało się, że banki zbyt pochopnie udzielały kredytów hipotecznych, wierząc, że wartość nieruchomości, które stanowią ich zabezpieczenie, wzrośnie. Tymczasem od kilku miesięcy ceny domów w USA idą w dół. Coraz więcej rodzin przestaje spłacać raty od kredytów i podaż domów przewyższa popyt na nie. W ślad za tym spada wartość obligacji zabezpieczonych kredytami hipotecznymi. Banki starają się więc pozbyć tych obligacji za wszelką cenę, obniżając ich wartość jeszcze bardziej.
Część tych obligacji nie jest już nic warta - dług, którego są świadectwem, przestaje być spłacany. Banki muszą je wpisać w straty, a dokładniej - w swym bilansie sporządzić rezerwy, których wartość odpisuje się od zysku banku.
Upadłe ikony
To nie przypadek, że największe kłopoty mają dziś banki będące do niedawna ikonami Wall Street - były bowiem największymi emitentami obligacji zabezpieczonych kredytami hipotecznymi. To one budowały piramidę.
Każda piramida finansowa przez pewien czas wydaje się maszynką do robienia pieniędzy. Gdy się rozpada, wszyscy krzyczą, że to maszynka do oszukiwania głupców. W ostatnich tygodniach wyszły na jaw zadziwiające fakty. Np. Merrill Lynch udzielił rozmaitych pożyczek zabezpieczonych kredytami hipotecznymi na sumę 41 mld dol., gdy tymczasem wartość jego akcji wynosi dziś jedynie 46,1 mld dol. Pożyczki wartości 7,9 mld dol. były źle zabezpieczone. To oznacza, że niemal co piąty pożyczony dolar został stracony.
Royal Bank of Scotland, drugi co do wielkości bank brytyjski, skreśli ze swego bilansu należności warte 2-3 mld dol. Straty Citigroup szacowane są na 8-11 mld dol., Bank of America - na 3,7 mld dol., banku Wachovia - na 2,1 mld dol. Bear Sterns poinformował w końcu grudnia, że wpisał w straty należności warte 1,9 mld dol. Francuski bank Credit Agricole musiał sporządzić rezerwy w wysokości 2,5 mld euro. Szwajcarski UCB chyba ustanowił rekord - powiązane z nim fundusze mają 10 mld dol. nieściągalnych wierzytelności.
- W gruncie rzeczy banki z Wall Street siedzą na gnijącej stercie podejrzanych papierów, których nikt nie chce dotknąć - komentował Richard Bookstaber, szef działu zarządzania ryzykiem w banku Salomon Brothers. - Ilekroć rynek obraca się przeciwko tobie, ponosisz ogromne straty, mając aktywa, których nie możesz spieniężyć. Ponieważ jest zbyt mało kupców, musisz sprzedawać za wszelką cenę, z ogromną stratą.
Zdaniem ekspertów z Europejskiego Banku Centralnego 21 największych grup bankowych w strefie euro będzie musiało znaleźć 244 mld euro na sfinansowanie poniesionych strat. Problem w tym, że banki ukrywają rzeczywisty stan swych finansów, nie umieszczając w oficjalnych bilansach sporej części kredytów, które nie zostaną im zwrócone. Posługują się prostymi sztuczkami - obligacje zabezpieczone kredytami hipotecznymi obciążają bilanse rozmaitych funduszy należących do banku, więc bank przynajmniej przez jakiś czas udaje, że sprawa jego nie dotyczy. Tak działo się na przykład w szwajcarskim UBS, którego klienci i akcjonariusze zostali zaskoczeni informacją, że bank poniósł ogromne straty. W efekcie prezes UBS Peter Wuffli stracił pracę.
Z końcem października zwolniony też został Stanley O'Neal, dyrektor wykonawczy Merrill Lynch, jeden z najbardziej znanych i najlepiej opłacanych menedżerów na świecie. Odszedł z ogromną odprawą - ponad 150 mln dol. Rada dyrektorów Citigroup zwolniła w listopadzie dyrektora zarządzającego Charlesa Prince'e, którego wini się za dopuszczenie do strat. Jimmy'ego Cayne'a, prezesa Bear Stearns, uratował tylko podeszły wiek. Ma 73 lata i wkrótce odejdzie na emeryturę.
Powiedzmy szczerze - niektórzy kryzys przewidzieli. Fundusz hedgingowy Lahde Capital, mający siedzibę w Santa Monica w Kalifornii, osiągnął w zeszłym roku 1000 proc. zysku, grając na rynku aktywów zabezpieczonych kredytami hipotecznymi. Fundusz założył, że wartość tych aktywów będzie spadać - i wygrał.
Święte przymierze banków centralnych
System bankowy opiera się na zaufaniu. Nawet jeśli bank ma kłopoty, może przetrwać, gdy inni mają do niego zaufanie. Ale dziś zaufanie na rynkach finansowych to towar bardzo deficytowy. Banki wcześniej czy później będą musiały wprowadzić zagrożone wierzytelności do bilansów, co pokaże w całej okazałości ich nędzę. A wówczas zdarzyć się może wszystko. Co będzie, gdy klienci, którzy powierzyli bankom swe pieniądze, zechcą je wycofać? W normalnych warunkach bank, który ma za mało gotówki na bieżące wypłaty, pożycza ją od innych banków. Dziś jednak banki mają kłopot z oceną rzeczywistej sytuacji swych konkurentów i niechętnie udzielają im pożyczek, a jeśli już - to na wysoki procent. Może się więc powtórzyć sytuacja brytyjskiego banku Northern Rock, który we wrześniu był bliski upadłości nie dlatego, że miał duże straty, lecz z powodu braku zaufania klientów.
Aby zapobiec dalszemu narastaniu kryzysu, 12 grudnia 2007 r. największe banki centralne na świecie zawarły święte przymierze skierowane przeciw kryzysowi. Postanowiły wspólnie zadbać o to, by na rynkach finansowych panowała wystarczająca płynność - tzn. by nie doszło do sytuacji, że brak pieniędzy w jednym banku uruchamia efekt domina: kłopoty mają wierzyciele zagrożonego banku, potem banki, które pożyczyły mu pieniądze itd. Liderem porozumienia został - co zrozumiałe - Bank Rezerw Federalnych USA (Fed), który obiecał jeszcze w grudniu pożyczyć bankom i innym instytucjom finansowym 40 mld dol. Akcja Fed ma zwiększyć poziom gotówki w bankach i obniżyć stopy procentowe od pożyczek międzybankowych, a tym samym złagodzić dolegliwość kryzysu.
Fed przeprowadził w grudniu dwie aukcje - coś w rodzaju licytacji, w trakcie których można było "kupić" pożyczkę od Banku Rezerwy Federalnej. Dwie kolejne aukcje odbędą w styczniu. Mogą w nich uczestniczyć wszystkie banki amerykańskie bez konieczności ujawniania, kim są. Amerykańskie władze monetarne chciały w ten sposób zachęcić duże banki, by nie wstydziły się brać pieniędzy od Rezerwy Federalnej, co uznawane jest w branży za oznakę kłopotów finansowych.
Europejski Bank Centralny poszedł jeszcze dalej. 18 grudnia 2007 r. zaskoczył rynki finansowe ofertą pożyczek według stopy procentowej niższej niż stopa rynkowa. ECB zaoferował bankom krótkoterminowe pożyczki wartości 348,6 mld euro, co rzecz jasna doprowadziło do szybkiego spadku stóp międzybankowych (według których banki pożyczają pieniądze sobie nawzajem).
Była to już druga taka akcja ECB kierowanego przez francuskiego finansistę Jeana-Claude'a Tricheta. W sierpniu, natychmiast po uzyskaniu informacji o narastaniu kryzysu, zapewnił on bankom linię kredytową wartości 95 mld euro. W grudniu "Financial Times" uznał Tricheta za człowieka roku.
Amerykanie wierzą w bezpłatny lunch
Zgodnie z powiedzeniem Miltona Friedmana "nie ma bezpłatnego lunchu". Zmarły przed ponad rokiem ekonomista uważał, że każda interwencja rządu lub władz monetarnych musi mieć skutki negatywne. Ale dziś politycy i finansiści są przerażeni sytuacją i wolą nie zastanawiać się nad sensem tej mądrości.
W końcu listopada Lawrence Summers, były główny ekonomista Banku Światowego i sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona opublikował tekst, w którym ostrzegł, że sytuacja w amerykańskiej i światowej gospodarce zmierza do katastrofy. Sektor gospodarki mieszkaniowej jest bliski załamania. Średnia cena domu w USA może - zdaniem Summersa - spaść w tym roku o połowę w stosunku do najwyższego poziomu z 2006 r. Tak znaczny spadek cen doprowadzi do zmniejszenia wydatków konsumpcyjnych, które napędzały gospodarkę amerykańską w ostatnich latach. Dalszą konsekwencją będzie pogłębienie się kryzysu kredytów hipotecznych i jeszcze większe straty wszystkich banków. Skoro domy tanieją, to zabezpieczenie kredytów okazuje się niewiele warte. Banki będą więc ograniczać nowe pożyczki, co doprowadzi do spadku inwestycji. W tej sytuacji recesja jest nieunikniona i może się rozszerzyć na cały świat. Stany Zjednoczone z powodu spadku wartości dolara będą ograniczały swe zakupy za granicą i przestaną być lokomotywą światowej gospodarki.
Summers jest wybitnym ekonomistą. Przyznaje się do tradycji keynesowskiej, która każe rządom i bankom centralnym koncentrować się przede wszystkim na celach doraźnych - na pobudzaniu gospodarki i przeciwdziałaniu recesji, nie oglądając się na skutki długookresowe. Dziś Summers zaleca działania szybkie i radykalne. Najważniejsze jest powstrzymanie spadku popytu, co może rozkręcić spiralę recesji. Dlatego Summers uważa za konieczne szybsze obniżki stóp procentowych Fed i innych banków centralnych. Doradza też, aby rząd zachęcał banki, by te nadal udzielały kredytów - na kupno domów i na inwestycje.
Rząd USA ma instrumenty, by prowadzić taką politykę. Poprzez takie instytucje jak Federal Housing Administration czy Federal National Mortgage Association może skłaniać prywatne banki hipoteczne do udzielania większej ilości kredytów. "To wszystko może jednak nie wystarczyć dla powstrzymania recesji" - ostrzega Summers.
Republikański rząd George'a Busha podjął kroki zaradcze - niemal dokładnie według zaleceń ministra z rządu Clintona. 6 grudnia prezydent ogłosił program mający na celu obniżenie kosztów spłaty kredytów hipotecznych przez te gospodarstwa domowe, które mają kłopot ze spłatą (około 1,2 mln pożyczkobiorców). Właściciele domów, którzy zalegają ze spłatą nie dłużej niż 60 dni, mogą skorzystać z przywileju spłaty odsetek według niższej stopy procentowej. Muszą jednak udowodnić, że nie stać ich na spłatę wyższych odsetek. Ci, których w ogóle nie stać na spłatę kredytów, będą mogli skorzystać z pięcioletniego zamrożenia spłat, a ich przypadki rozpatrywane będą indywidualnie.
Formalnie pomoc dla zadłużonych gospodarstw domowych nie pociągnie za sobą żadnych kosztów dla podatników. Wszystko ma załatwić skomplikowana inżynieria finansowa. Istniejąca od 1934 r. agencja rządowa Federal Housing Administration ma rezerwę w wysokości 22 mld dol. na pokrycie niespłacanych kredytów. Agencja gwarantuje ich spłatę, a tym samym umożliwia zaciąganie kredytów przez gospodarstwa domowe, którym bank odmówiłby swych usług z uwagi na niskie dochody i brak innych zabezpieczeń. Gwarancje FHA przepadają, gdy zadłużony właściciel domu przestaje spłacać kredyt. Według planu Busha taki niesolidny dłużnik dostanie teraz drugą szansę. A potem być może kolejną. Na krótką metę taka akcja ułatwi życie dłużnikom, na długą jednak - zachęca do braku odpowiedzialności. Niektórzy amerykańscy prawnicy wyrażają obawy, że ingerencja rządu w kontrakty dotyczące kredytów hipotecznych podważa wiarygodność prawa kontraktowego, którym Ameryka szczyci się od 200 lat.
Plan Busha spotkał się z umiarkowanym poparciem banków i stowarzyszeń reprezentujących zadłużone rodziny. Hillary Clinton, najbardziej prawdopodobny kandydat Demokratów na prezydenta, stwierdziła, że administracja robi za mało, by pomóc pożyczkobiorcom. Ciekawe, co ona zrobi, jeśli zostanie prezydentem.
Azja przejmuje Amerykę
Pomoc dla zadłużonych posiadaczy domów to tylko jeden z pomysłów administracji Busha. Sekretarz skarbu Henry Paulsen od dawna zachęca banki do stworzenia ogromnego funduszu, który przejąłby część złych długów.
Tego rodzaju fundusze - tzw. SIV (structured investment vehicle) - znane są na świecie od dawna i posiadają dziś aktywa wartości około 250 mld dol. SIV zaciąga nisko oprocentowane, krótkoterminowe pożyczki i nabywa za nie wyżej oprocentowane obligacje długoterminowe. Zarabia na różnicy w oprocentowaniu.
Super-SIV, do którego namawia Paulsen, miałby być stworzony przez banki, które najmocniej odczuły kryzys finansowy - przede wszystkim Citigroup, Bank of America i JP Morgan Chale. Mówiło się o zgromadzeniu aktywów wartych 100 mld dol.
W gruncie rzeczy super-SIV byłby tylko sztuczką księgową. Banki mogłyby skreślić trudne do ściągnięcia wierzytelności ze swych bilansów i przekazać je do nowej instytucji. Coś podobnego uczyniły w latach 90. banki japońskie, ratując się przed bankructwem. Japoński system bankowy ocalał, ale okazało się, że "darmowego lunchu" jednak nie ma. Cenę za te sztuczki zapłaciła japońska gospodarka, która na całą dekadę pogrążyła się w stagnacji. Banki, którym ciążyły ukrywane złe długi, nie były w stanie aktywnie wspierać gospodarki.
Wygląda na to, że amerykański superfundusz jednak nie powstanie. W końcu grudnia entuzjazm banków dla tej instytucji osłabł. Być może powodem był zastrzyk kapitału, jaki otrzymały niektóre banki pogrążone w złych długach. Ratunek przyszedł z dalekiej Azji. Morgan Stanley, którego straty spowodowane inwestycjami w instrumenty powiązane z kredytami hipotecznymi szacuje się na 9,4 mld dol., poinformował o sprzedaży akcji wartych 5 mld dol. Chińskiej Korporacji Inwestycyjnej (China Investment Corporation) - instytucji finansowej zarządzającej rezerwami zagranicznymi państwa. Rząd Chin stanie się (pośrednio) właścicielem prawie 10 proc. akcji tego wielkiego banku inwestycyjnego.
Merrill Lynch, któremu ryzykowne inwestycje upuściły mnóstwo krwi, zostanie zasilony przez singapurski fundusz inwestycyjny Temasek Holdings, który do 28 marca 2008 r. kupi akcje banku warte 4,4 mld dol. i opcje na zakup dodatkowych akcji.
To, że inwestorzy pochodzą z dalekiej Azji, ma wymiar symboliczny. Przez ostatnie dziesięć lat gospodarka amerykańska coraz bardziej uzależniała się od chińskiej. Ta ostatnia jest, rzecz jasna, dużo słabiej rozwinięta, ale rośnie bardzo dynamicznie i coraz więcej inwestuje w Stanach Zjednoczonych. Po inwestycjach w długi amerykańskiego rządu przyszedł czas na inwestycje bezpośrednie. Coś podobnego działo się przed 30 laty w relacjach między USA i Japonią. W pewnym momencie Amerykanie przerazili się, że wkrótce będą pracowali dla Japończyków. Obawy były na wyrost, ale nie były bez znaczenia dla stosunków między obu krajami. Jest tylko kwestią czasu, gdy w Ameryce zacznie narastać obawa przed chińską dominacją.
Kto zapłaci za lunch
W poprzedniej dekadzie kilka krajów rozwijających się przeżyło poważny kryzys finansowy. Niektóre z nich otrzymały pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a także krajów bogatych - ale nie bezwarunkową. Żądano od nich, by zaczęły się "lepiej prowadzić". Światowe media rozpisywały się o lekkomyślności rządów Meksyku, Tajlandii czy Brazylii, które zadłużały się nadmiernie, tolerowały brak przejrzystości w bankach i korupcję, co sprawiało, że kapitał wędrował nie tam, gdzie powinien.
Była to już druga taka akcja ECB kierowanego przez francuskiego finansistę Jeana-Claude'a Tricheta. W sierpniu, natychmiast po uzyskaniu informacji o narastaniu kryzysu, zapewnił on bankom linię kredytową wartości 95 mld euro. W grudniu "Financial Times" uznał Tricheta za człowieka roku.
Amerykanie wierzą w bezpłatny lunch
Zgodnie z powiedzeniem Miltona Friedmana "nie ma bezpłatnego lunchu". Zmarły przed ponad rokiem ekonomista uważał, że każda interwencja rządu lub władz monetarnych musi mieć skutki negatywne. Ale dziś politycy i finansiści są przerażeni sytuacją i wolą nie zastanawiać się nad sensem tej mądrości.
W końcu listopada Lawrence Summers, były główny ekonomista Banku Światowego i sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona opublikował tekst, w którym ostrzegł, że sytuacja w amerykańskiej i światowej gospodarce zmierza do katastrofy. Sektor gospodarki mieszkaniowej jest bliski załamania. Średnia cena domu w USA może - zdaniem Summersa - spaść w tym roku o połowę w stosunku do najwyższego poziomu z 2006 r. Tak znaczny spadek cen doprowadzi do zmniejszenia wydatków konsumpcyjnych, które napędzały gospodarkę amerykańską w ostatnich latach. Dalszą konsekwencją będzie pogłębienie się kryzysu kredytów hipotecznych i jeszcze większe straty wszystkich banków. Skoro domy tanieją, to zabezpieczenie kredytów okazuje się niewiele warte. Banki będą więc ograniczać nowe pożyczki, co doprowadzi do spadku inwestycji. W tej sytuacji recesja jest nieunikniona i może się rozszerzyć na cały świat. Stany Zjednoczone z powodu spadku wartości dolara będą ograniczały swe zakupy za granicą i przestaną być lokomotywą światowej gospodarki.
Summers jest wybitnym ekonomistą. Przyznaje się do tradycji keynesowskiej, która każe rządom i bankom centralnym koncentrować się przede wszystkim na celach doraźnych - na pobudzaniu gospodarki i przeciwdziałaniu recesji, nie oglądając się na skutki długookresowe. Dziś Summers zaleca działania szybkie i radykalne. Najważniejsze jest powstrzymanie spadku popytu, co może rozkręcić spiralę recesji. Dlatego Summers uważa za konieczne szybsze obniżki stóp procentowych Fed i innych banków centralnych. Doradza też, aby rząd zachęcał banki, by te nadal udzielały kredytów - na kupno domów i na inwestycje.
Rząd USA ma instrumenty, by prowadzić taką politykę. Poprzez takie instytucje jak Federal Housing Administration czy Federal National Mortgage Association może skłaniać prywatne banki hipoteczne do udzielania większej ilości kredytów. "To wszystko może jednak nie wystarczyć dla powstrzymania recesji" - ostrzega Summers.
Republikański rząd George'a Busha podjął kroki zaradcze - niemal dokładnie według zaleceń ministra z rządu Clintona. 6 grudnia prezydent ogłosił program mający na celu obniżenie kosztów spłaty kredytów hipotecznych przez te gospodarstwa domowe, które mają kłopot ze spłatą (około 1,2 mln pożyczkobiorców). Właściciele domów, którzy zalegają ze spłatą nie dłużej niż 60 dni, mogą skorzystać z przywileju spłaty odsetek według niższej stopy procentowej. Muszą jednak udowodnić, że nie stać ich na spłatę wyższych odsetek. Ci, których w ogóle nie stać na spłatę kredytów, będą mogli skorzystać z pięcioletniego zamrożenia spłat, a ich przypadki rozpatrywane będą indywidualnie.
Formalnie pomoc dla zadłużonych gospodarstw domowych nie pociągnie za sobą żadnych kosztów dla podatników. Wszystko ma załatwić skomplikowana inżynieria finansowa. Istniejąca od 1934 r. agencja rządowa Federal Housing Administration ma rezerwę w wysokości 22 mld dol. na pokrycie niespłacanych kredytów. Agencja gwarantuje ich spłatę, a tym samym umożliwia zaciąganie kredytów przez gospodarstwa domowe, którym bank odmówiłby swych usług z uwagi na niskie dochody i brak innych zabezpieczeń. Gwarancje FHA przepadają, gdy zadłużony właściciel domu przestaje spłacać kredyt. Według planu Busha taki niesolidny dłużnik dostanie teraz drugą szansę. A potem być może kolejną. Na krótką metę taka akcja ułatwi życie dłużnikom, na długą jednak - zachęca do braku odpowiedzialności. Niektórzy amerykańscy prawnicy wyrażają obawy, że ingerencja rządu w kontrakty dotyczące kredytów hipotecznych podważa wiarygodność prawa kontraktowego, którym Ameryka szczyci się od 200 lat.
Plan Busha spotkał się z umiarkowanym poparciem banków i stowarzyszeń reprezentujących zadłużone rodziny. Hillary Clinton, najbardziej prawdopodobny kandydat Demokratów na prezydenta, stwierdziła, że administracja robi za mało, by pomóc pożyczkobiorcom. Ciekawe, co ona zrobi, jeśli zostanie prezydentem.
Azja przejmuje Amerykę
Pomoc dla zadłużonych posiadaczy domów to tylko jeden z pomysłów administracji Busha. Sekretarz skarbu Henry Paulsen od dawna zachęca banki do stworzenia ogromnego funduszu, który przejąłby część złych długów.
Tego rodzaju fundusze - tzw. SIV (structured investment vehicle) - znane są na świecie od dawna i posiadają dziś aktywa wartości około 250 mld dol. SIV zaciąga nisko oprocentowane, krótkoterminowe pożyczki i nabywa za nie wyżej oprocentowane obligacje długoterminowe. Zarabia na różnicy w oprocentowaniu.
Super-SIV, do którego namawia Paulsen, miałby być stworzony przez banki, które najmocniej odczuły kryzys finansowy - przede wszystkim Citigroup, Bank of America i JP Morgan Chale. Mówiło się o zgromadzeniu aktywów wartych 100 mld dol.
W gruncie rzeczy super-SIV byłby tylko sztuczką księgową. Banki mogłyby skreślić trudne do ściągnięcia wierzytelności ze swych bilansów i przekazać je do nowej instytucji. Coś podobnego uczyniły w latach 90. banki japońskie, ratując się przed bankructwem. Japoński system bankowy ocalał, ale okazało się, że "darmowego lunchu" jednak nie ma. Cenę za te sztuczki zapłaciła japońska gospodarka, która na całą dekadę pogrążyła się w stagnacji. Banki, którym ciążyły ukrywane złe długi, nie były w stanie aktywnie wspierać gospodarki.
Wygląda na to, że amerykański superfundusz jednak nie powstanie. W końcu grudnia entuzjazm banków dla tej instytucji osłabł. Być może powodem był zastrzyk kapitału, jaki otrzymały niektóre banki pogrążone w złych długach. Ratunek przyszedł z dalekiej Azji. Morgan Stanley, którego straty spowodowane inwestycjami w instrumenty powiązane z kredytami hipotecznymi szacuje się na 9,4 mld dol., poinformował o sprzedaży akcji wartych 5 mld dol. Chińskiej Korporacji Inwestycyjnej (China Investment Corporation) - instytucji finansowej zarządzającej rezerwami zagranicznymi państwa. Rząd Chin stanie się (pośrednio) właścicielem prawie 10 proc. akcji tego wielkiego banku inwestycyjnego.
Merrill Lynch, któremu ryzykowne inwestycje upuściły mnóstwo krwi, zostanie zasilony przez singapurski fundusz inwestycyjny Temasek Holdings, który do 28 marca 2008 r. kupi akcje banku warte 4,4 mld dol. i opcje na zakup dodatkowych akcji.
To, że inwestorzy pochodzą z dalekiej Azji, ma wymiar symboliczny. Przez ostatnie dziesięć lat gospodarka amerykańska coraz bardziej uzależniała się od chińskiej. Ta ostatnia jest, rzecz jasna, dużo słabiej rozwinięta, ale rośnie bardzo dynamicznie i coraz więcej inwestuje w Stanach Zjednoczonych. Po inwestycjach w długi amerykańskiego rządu przyszedł czas na inwestycje bezpośrednie. Coś podobnego działo się przed 30 laty w relacjach między USA i Japonią. W pewnym momencie Amerykanie przerazili się, że wkrótce będą pracowali dla Japończyków. Obawy były na wyrost, ale nie były bez znaczenia dla stosunków między obu krajami. Jest tylko kwestią czasu, gdy w Ameryce zacznie narastać obawa przed chińską dominacją.
Kto zapłaci za lunch
W poprzedniej dekadzie kilka krajów rozwijających się przeżyło poważny kryzys finansowy. Niektóre z nich otrzymały pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a także krajów bogatych - ale nie bezwarunkową. Żądano od nich, by zaczęły się "lepiej prowadzić". Światowe media rozpisywały się o lekkomyślności rządów Meksyku, Tajlandii czy Brazylii, które zadłużały się nadmiernie, tolerowały brak przejrzystości w bankach i korupcję, co sprawiało, że kapitał wędrował nie tam, gdzie powinien.
Teraz wybuchł podobny kryzys - tyle że zaangażowane są weń kraje bogate. Ale w gruncie rzeczy przyczyny kryzysu są podobne - lekkomyślne inwestycje, przykrywanie złej sytuacji nowymi pożyczkami, tworzenie piramidy finansowej. Skala pomocy, jaką otrzymały banki, jest nie mniejsza niż pomoc dla krajów rozwijających się. Niestety, pomoc ta jest w gruncie rzeczy bezwarunkowa i bezrefleksyjna. Martin Wolf, komentator "Financial Times", pytał: "Czy wysiłki podjęte teraz przez banki centralne stanowią dla nas wystarczający powód, aby przestać się bać? (...) Nie można wykluczyć, że bankowcom uda się przywrócić spokój na rynkach. Być może uchronią oni w ten sposób parę gospodarek przed recesją. Ale na tym historia się nie kończy. Im większa będzie obecna interwencja, tym surowsze przepisy trzeba będzie narzucić w przyszłości instytucjom finansowym".
Ale poza kilkoma komentatorami, akcja ratunkowa banków centralnych i rządów krajów najbogatszych została przyjęta z entuzjazmem. Chodzi o to, by uniknąć recesji, by ratować banki przed upadkiem. Co będzie dalej, to się zobaczy.
Niebezpieczeństwem, które pojawi się najszybciej, będzie inflacja. Banki centralne "na chwilę" zawiesiły wykonywanie swej podstawowej funkcji, jaką jest stabilizacja pieniądza i wpompowały w system bankowy ogromne sumy. Tymczasem na całym świecie podnosi się poziom inflacji i być może wkrótce będzie to podstawowy problem, z jakim zmagać się będą banki centralne. W latach 70. ubiegłego stulecia wysoka, dwucyfrowa inflacja "zaskoczyła" finansistów jak zima drogowców. Jej koszty były ogromne. Kto wie, czy nie zmierzamy w tę samą stronę.
Akcja ratunkowa zdestabilizowała też grę na rynkach finansowych. Reguła tej gdy jest taka: jeśli mocno ryzykujesz, możesz dużo wygrać lub splajtować. Akcja ratunkowa zachęca do jeszcze większego ryzyka. Przecież rządy i banki centralne zawsze nam pomogą - mogą teraz myśleć bankowcy i jeszcze ostrzej grać naszymi pieniędzmi.
Czy straty, jakie poniosły wielkie banki, mogą pozostać bez wpływu na światową gospodarkę? Ekonomiści są przekonani, że to niemożliwe. Międzynarodowe instytucje obniżają prognozy wzrostu gospodarczego. MFW już w październiku zmienił prognozy na rok 2008 - jego zdaniem światowa gospodarka będzie rosła w tempie 4,8, a nie, jak wcześniej przewidywano, 5,2 proc. To wciąż wysoki wzrost, ale jego centra znajdować się będą w Azji Wschodniej.
OECD - organizacja 30 najbogatszych krajów świata - szacuje, że gospodarki rozwinięte wzrosną w tym roku o 2,3 proc. Byłby to najgorszy wynik od roku 2003, kiedy to światowa gospodarka, wydobywając się z zapaści spowodowanej pęknięciem bańki technologicznej, osiągnęła tempo wzrostu 1,9 proc.
Ale wielu ekspertów uważa, że istnieje poważne ryzyko dużo gorszych scenariuszy. Akcja banków centralnych i rządów była czymś w rodzaju aspiryny. Temperatura spadła, ale źródła choroby - niestabilność światowego systemu finansowego, napięcia w gospodarce amerykańskiej, przesuwanie się centrum światowej gospodarki na Daleki Wschód - pozostały.
Ale poza kilkoma komentatorami, akcja ratunkowa banków centralnych i rządów krajów najbogatszych została przyjęta z entuzjazmem. Chodzi o to, by uniknąć recesji, by ratować banki przed upadkiem. Co będzie dalej, to się zobaczy.
Niebezpieczeństwem, które pojawi się najszybciej, będzie inflacja. Banki centralne "na chwilę" zawiesiły wykonywanie swej podstawowej funkcji, jaką jest stabilizacja pieniądza i wpompowały w system bankowy ogromne sumy. Tymczasem na całym świecie podnosi się poziom inflacji i być może wkrótce będzie to podstawowy problem, z jakim zmagać się będą banki centralne. W latach 70. ubiegłego stulecia wysoka, dwucyfrowa inflacja "zaskoczyła" finansistów jak zima drogowców. Jej koszty były ogromne. Kto wie, czy nie zmierzamy w tę samą stronę.
Akcja ratunkowa zdestabilizowała też grę na rynkach finansowych. Reguła tej gdy jest taka: jeśli mocno ryzykujesz, możesz dużo wygrać lub splajtować. Akcja ratunkowa zachęca do jeszcze większego ryzyka. Przecież rządy i banki centralne zawsze nam pomogą - mogą teraz myśleć bankowcy i jeszcze ostrzej grać naszymi pieniędzmi.
Czy straty, jakie poniosły wielkie banki, mogą pozostać bez wpływu na światową gospodarkę? Ekonomiści są przekonani, że to niemożliwe. Międzynarodowe instytucje obniżają prognozy wzrostu gospodarczego. MFW już w październiku zmienił prognozy na rok 2008 - jego zdaniem światowa gospodarka będzie rosła w tempie 4,8, a nie, jak wcześniej przewidywano, 5,2 proc. To wciąż wysoki wzrost, ale jego centra znajdować się będą w Azji Wschodniej.
OECD - organizacja 30 najbogatszych krajów świata - szacuje, że gospodarki rozwinięte wzrosną w tym roku o 2,3 proc. Byłby to najgorszy wynik od roku 2003, kiedy to światowa gospodarka, wydobywając się z zapaści spowodowanej pęknięciem bańki technologicznej, osiągnęła tempo wzrostu 1,9 proc.
Ale wielu ekspertów uważa, że istnieje poważne ryzyko dużo gorszych scenariuszy. Akcja banków centralnych i rządów była czymś w rodzaju aspiryny. Temperatura spadła, ale źródła choroby - niestabilność światowego systemu finansowego, napięcia w gospodarce amerykańskiej, przesuwanie się centrum światowej gospodarki na Daleki Wschód - pozostały.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz